piątek, 9 listopada 2012

Silver blood

    -Jak czuję się Roneey? - zapytała Blythe, wchodząc do Sali i patrząc na Dylana. Minęła go, odkładając czarną skórzaną kurtkę na kozetkę. 
  -Uważa, że czuje się lepiej niż keidykolwiek przed wypiciem eliksiru - odparł chłopak, podchodząc do niej i podając jej zwinięty w rulonik. -To od...
  -Roge'a - uprzedziła go dziewczyna, kiedy przez jej palce przebiegła znajoma energia po dotknięciu papieru. Zabrała go szybko Dylanowi.
    Rozwinęła karteczkę i przebiegła wzrokiem po tekście. Dobrze znała pochylone pismo zapełniające środek listu. Uśmiechnęła się pod nosem, kończąc ostatnie zdanie.
  -Pilnuj Roneeya, możesz go wypuścić o dziesiątej wieczór. Założyłam mu Pieczęć, więc ma na sobie również otoczkę mojej energii. Będę wiedziała, co się z nim dzieje - powiedziała, zabierając okrycie i wychodząc.
    Skierowała się do tych samych drzwi, przez które wpadła trzy miesiące temu. Od tamtej pory nie była wzywana przez Roge'a, tak więc nie musiała się zmierzyć z bólem, który czekał na nią w tym pomieszczeniu. Klękając przed drzwiami, starała się przybrać profesjonalną minę i wyzbyć wszelkich emocji. Srebrna łuna wokół drzwi wydawala się lśnić o wiele silniej, niż ostatnim razem.
    -Wiedziałem, że nie przepuścisz okazji, żeby spotkać się z Cambrielem - zachrypnięty głos Roge'a dotarł do niej wyraźnie, chociaż go nie widziała. Usiadła na kanapie, pochylając się do przodu i wyczując srebrny sztylet uwiązany za paskiem.
    Cambriel wyszedł z kąta pokoju. Grzywka półdługich włosów opadała mu na czoło, w półmroku lśniąc srebrem. Piwne oczy patrzyły na nią uważnie, a na wąskich ustach błąkał się powstrzymywany uśmiech. Blada skóra wyglądała na cienką jak pergamin, a dopasowany czarny sweter wcale nie ukrywał idealnie wyrzeźbionych mięśni brzucha. Wieczny poruszał się powoli, ale pewnie, zbliżając się do Blythe.
  -Miło znów cię widzieć - powiedział cicho, klękając przed nią i patrząc jej prosto w oczy. Przeszedł ją dreszcz.
  -Wstawaj - warknęła Blythe, nie mogąc jednak zdobyć się na szorstkość. -Nie żyjemy w osiemnastym wieku, nie musisz klękać przed przedstawicielką wyższego rodu. To idiotyzm.
  -To tradycja - wtrącił z cienia Roge, lecz oboje go zignorowali.
  -Co tutaj robisz? - zapytała Blythe, nie przesuwając się ani o cal, kiedy Cambriel usial obok niej. -Powinieneś teraz być w Paryżu ze swoją rodziną, prawda?
  -Cambriel stracił rodzinę podczas walki - zachrypnięty głos znów wypełnił pokój, uprzedzając odpowiedź rozmówcy. Blythe wzniosła oczy do nieba.
  -Na Boga, w którego nie wierzę, Roge! - syknęła. -Cam ma język, potrafi się nim posługiwać!
  -Ty powinnaś o tym wiedzieć najlepiej - rozbawiony szept chłopaka wypełnił jej uszy, a wiązka jego energii przepłynęła przez jej ciało, kiedy nieznacznie się przysunął.
  -Chciałbym przybliżyć ci pewną sprawę, Blythe - powiedział Roge, ignorując ich oboje i wychodząc z cienia. Wysoki, o orlim nosie i szpakowatych włosach, przeszedł wzdłuż bocznej ściany i stanął przed nimi. -Cambriel, mimo mało sprzyjających okoliczności, zgodził się zamieszkać w Nowym Jorku, żeby nadal służyć naszemu światu. Ponieważ uparł się, żeby oddać się całkowicie służbie Kwaterze, postanowiłem przydzielić go tobie jako partnera. Na stałe - dorzucił, uprzedzając jej pytanie. -Zanim jednak zdążysz zaprotestować temu wszystkiemu, chciałbym ci też uświadomić, że Cambriel będzie u ciebie mieszkał i zostanie objęty energią Silverstone'ów, by móc kontaktować się z tobą niewerbalnie. Ponadto - podniósł tutaj głos, ponieważ Blythe już wzięła oddech, żeby się wtrącić - przydzieliłem wam pewną... skomplikowaną sprawę. Jeśli tylko będziesz gotowa wysłuchać, wszystko ci wytłumaczę.
    Blythe westchnęła, spoglądając na Cama. Uśmiechał się do niej, rozpierając się na kanapie. Kręcąc głową, oparła się plecami o oparcie, wyczuwając za sobą jego ramię.


    Blythe wyszła z budynku, zapalając papierosa jeszcze na progu. Była zdenerwowana i kręciło jej się w głowie; mogła przewidzieć, że Roge sprowadzi do Kwatery Cambriela. Był tak samo dobry w tym, co robił, jak ona- z tą tylko różnicą, że on tępił inne rasy nie zważając na możliwość niesienia im pomocy.
  -Ile razy mam ci powtarzać, że nie robię tego, bo chcę, tylko dlatego, że muszę? - powiedział chłopak, kiedy dopadł jej już za rogiem ulicy. Zapalała drugiego papierosa.
  -Nie obchodzi mnie, co możesz, a co musisz - warknęła, wypuszczając obłoczek dymu prosto na niego. Zakaszlał. -Powinieneś ratować tych, który mają jeszcze ludzkie uczucia, a ty po prostu ich zabijasz!
  -Taka jest nasza rola, Blythe, tak zostaliśmy wychowani. Mam się wyrzec roli Wiecznego i tego, co wpoił mi ojciec? Mam postawić się Prawu? - głos Cambriela sprawiał, że dziewczyna drżała i miała ochotę zamruczeć. Był cudowie kojący. -Blythe, proszę... - szarpnął ją za ramię i odwrócił ku sobie.
    Patrzyła na niego buntowniczo. Zgasiła niedopałek czubkiem trampka, zakładając ręce na piersi i patrząc się w cudowne brązowo-złote oczy z czarnymi plamkami i ciemną obwódką. Gęste rzęsy sprawiały, że jego rysy wydawały się wyostrzać, chociaż nadal były delikatne. Nie mogła oderwać wzroku od jego oczu; zawsze ją hipnotyzowały.
  -Blythe - powiedział miękko Cambriel, lekko ściskając jej ramiona. -Dobrze wiesz, że Roge nie zlecił nam tej misji bez powodu. Tam nie będzie kogo ratować, Blythe. To mordercy.
  -A my zabawimy się w sprawiedliwość i zostaniemy ich katami, tak? - burknęła dziewczyna, kręcąc głową.
Cambriel uśmiechnął się delikatnie, ukazując dołeczek w prawym policzku.
  -Dokładnie.


    -Nadal nie pojmuję, dlaczego musisz mieszkać u mnie - mruknęła Blythe, siadając na kanapie z kubkiem kawy i patrząc badawczo na Cambriela.
  -Słyszałaś Roge'a - odparł spokojnie chłopak, odgarniając grzywkę srebrnoblond włosów; światło lampy zaigrało w kosmykach. -Straciłem ochornę mojego rodu, więc zostanę przydzielony do twojej Tarczy. To chyba proste.
  -Tak, ale musisz ze mną mieszkać? Nie da się tego załatwić jakoś... inaczej? - westchnęła teatralnie.
  -Widocznie nie.
    Zapadło milczenie. Blythe piła gorącą kawę, próbując nie gapić się na Cambriela. Tęskniła za nim od ostatniego spotkania. Od chwili, kiedy zmuszeni byli się rozstać. Była gotowa szukać po co całym świecie, w każdym jego zakątku, ale wiedziała, że to nic nie da. Cambriel wyraźnie powiedział jej, że jej nie chce.
Tęskniła za nim od chwili, kiedy złamał jej serce i wzgardził jej miłością, chociaż zapierał się, że czuł to samo.
  -Powiedz mi - głos towarzysza wyrwał ją z zamyślenia - dlaczego się mnie boisz?
  -Ja? - Blythe prychnęła. -Możliwe, że boję się zbliżyć do osób, które mnie skrzywdziły.
    Zanim zdążyła skończyć wymawiać ostatnie sylaby, Cambriel patrzył na nią pełnymi bólu oczyma, w których jednak czaiła się pewnego rodzaju wrogość. Jego spojrzenie było twarde, a usta zwęziły się w bladą linię. Włosy wpadły ponownie do oczy, ale chłopak ich nie odgarnął; zdawał się w ogóle nie ruszać.
    Blythe nie miała czasu zareagować. Cambriel po prostu pokręcił głową, wstał, a potem zniknął, zanim zdązyła mrugnąć. Usłyszała tylko trzask zamykanych drzwi na dole kamienicy; wiedziała, że tej nocy nie musi na niego czekać, bo się nie zjawi.



~
Dobra, wiem, nieciekawie i krótko. Niestety, nie stać mnie obecnie na nic więcej- czuję się potwornie, po prostu zdycham na ból wszystkiego, że nie wspomnę o mdłościach. Mimo to, napisałam rozdział, który obiecałam dodać najpóźniej w środę- przepraszam za tą obsuwę w czasie, nie miałam ani kszty natchnienia przez szkołę (wyprała mi mózg już dostatecznie). 
Żebyście lepiej się wczuli w klimat, polecam posłuchać Axwound- Collide.
No, to zapraszam do czytania i czekam na komentarze. 

piątek, 2 listopada 2012

What you should

    Ulica była spowita mgłą, trwając w absolutnej ciszy. Nie odbijała kroków młodej, ciemnowłosej dziewczyny, która w istocie szła całkowicie bezszelestnie. Deszcz powoli zbliżał się do ulic zachodniego Brooklynu, chociaż błyskawicom i ciemnym chmurom nie towarzyszyl najlższejszy pomruk grzmotu. Zamarł nawet wiatr.
    Blythe odgarniała lepiące jej się do czoła włosy, związane w ciasny warkocz na plecach. Minę miała zaciętą i skupioną, chociaż próbowała powstrzymać łzy cisnące jej sie do oczu. Ból z powodu straty młodszego brata wcale nie zmalał, mimo tego, że minęły już ponad trzy miesiące.
   Nagle dziewczyna przystanęła. W karku poczuła niemiłe, przerażająco gorące szczypanie. Wiązka energii powoli przesunęła jej się od dołu karku według linii prawego ucha; od śmierci Saviera ciemną energię odczuwała najczęściej właśnie w miejscu głębokiego, śmiertelnego cięcia na szyi brata. Wzdrygnęła się, mrużąc oczy i obracając cienki sztylet w dłoni ukrytej pod rękawem bluzy.
    Za plecami usłyszała niewyraźny warok. Przełknęła ślinę, zamierając na ułamek sekundy. Poznawala ten warkot, ukryty w gęstej mgle. Słyszała go wiele razy, a choć każdy był inny, wszystkie pochodziły od tej samej rasy półludzi.
  -No, pokaż się - szepnęła Blythe, odwracając się powoli.
    Bestia jak na rozkaz wyłoniła się z szarości. Z jej gardła wydobywał się głęboki, stłumiony warkot; sierść na czarnym grzbiecie była zjeżona, a na obnażonych kłach zbierała się piana. Ogromne łapy z wysuniętymi pazurami drapały o bruk, zbliżając się powoli do dziewczyny. Świetliście, rozjarzone czerwienią oczy ziały gorącą wrogością.
  -Chodź tutaj, maluszu - mruknęła słodko Blythe, uginając nogi w kolanach i ponownie obracając sztylet. W kieszeni spodni wymacała prostokątną fiolkę. Uśmiechnęła się do siebie, nie odrywając wzroku od przerażających tęczówek ogromnego wilka.
   Minęło kilka sekund, podczas których przeciwnicy wstali naprzeciw siebie w ciszy, patrząc na siebie wrogo. W następnej chwili wilk zaatakował, rzucając się z ogłuszającym warkotem do szyi dziewczyny; ona zareagowała natychmiast, przeskakując nad jego grzbietem i wysuwając broń z rękawa. Zwierzę obróciło się blyskawicznie, ponownie rzucając się na dziewczynę i próbując rozorać jej ramię pazurami. Zrobiła unik, broniąc się sztyletem i przecinając skórę bestii głęboko. Wilk zawył gniewnie, na ułamek sekundy opadając na ziemię i zapominając z bólu o walce; Blythe wykorzystała ten moment, żeby rzucić się na jego grzbiet i złapać go za skórę na karku. Zrobiła to dostatecznie mocno, więc zwierzę nie mogło poruszyć łbem, by zrzucić ją z siebie; Blythe przystawiła mu rozjarzone srebrnie ostrze do podgardla przeciwnika, prychając śmiechem.
  -Nie chcę zabijać. Nie lubię tego. Nie jestem taka jak Mitch, ani nie próbuję być taka jak mój ojciec. Chcę ci pomóc - wyciągnęła z kieszeni fiolkę ze złotym, kleistym płynem i odkorkowała ją. -Wypijesz to dobrowolnie, czy mam poszerzyć ci uśmiech i zrobić to siłą?
    Wilk zaskomlał. Blythe każdym calem skóry czuła palący żar energii przepływającej z duszy bestii; wzmocniła nacisk ostrza na podgardle i zabrzęczała fiolką. Wilk niechętnie otworzył szczęki, a ona szarpnęła go za skórę na karku i szybko wlała zawartość naczynia do gardła bestii. W tym samym momencie poczuła, że wiązki energii stają się coraz chłodniejsze. Zeszkoczyła z grzbietu wilka i znów prychnęła śmiechem, podwijając rękawy bluzy.
    Nie minęła minuta, a wilk zmienił się w człowieka. Przed Blythe stał teraz postawny mężczyzna o ogorzałej od słońca twarzy i czarnych oczach. Długie czarne wlosy okalaly jego twarz, dziwnie wilczą. Mimo, że byl w pełni człowiekiem, pozostało w nim coś czysto zwierzęcego- błysk w oku, ułożenie mięśni pleców, a może uśmiech wąskich warg.
  -Co to było? - zapytał mężczyzna; jego głos brzmiał szorstko.
  -Mnie też miło poznać - mruknęła ironicznie Blythe, zbliżając się o krok do wilkołaka. -Eliksir. Od teraz możesz kontrolować swoje przemiany i zachowania podczas nich. Nie widzę sensu w zabijaniu innych ras, kiedy można wam pomóc - dziewczyna wzruszyła ramionami, odgarniając grzywkę ze spoconego czoła.
  -Dobrze walczysz - powiedział mężczyzna, taksując ją wzrokiem. -Jestem Roneey - wyciągnął w jej stronę dłoń poznaczoną bliznami. Zbliżyła się z wahaniem i uścinęła ją, a wtedy wilkołak odsunął wyżej rękaw jej blizy. Mruknął coś cicho pod nosem.
  -Coś mówileś? - powiedziała nerwowo, zaciskając usta.
  -Jesteś kolejną Wieczną, prawda?
  -Jestem - przyznała cicho Blythe, wyrywając dłoń z silnego uścisku. -Pochodzę z rodu Czujących. Ale posiadam również inne Dary.
    Wojowniczka ruszyła zamgloną ulicą, obciągając rękawy bluzy i rozpuszczając włosy z warkocza. Nie usłyszała kroków za sobą, odwróciła się więc na pięcie i spojrzała na Roneeya stojącego w tym samym miejscu, co uprzednio.
  -Idziesz ze mną do kwatery, żebym mogła cię zarejestrować i dać ci Pieczęć, czy wolisz tutaj zostać i poczekać, aż zlapie cię inny Wieczny i poderżnie ci gardło? - zapytała, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. 
    Roneey drgnął, uśmiechnął się do niej i dogonił ją, trzymając się jednak w bezpiecznej odległości, jakby obawiał się, że dziewczyna nadal może go zaatakować.


    Weszli do Kwatery we dwójkę. Blythe kilkaset metrów wcześniej przewiązała wilkołakowi oczy, świadoma tego, że eliksir może osłabnąć do jego Zapięczęstowania. Poprowadziła go do Sali, gdzie czekał na nią Dylan, przygotowując Złotą Pieczęć.
  -Jesteś jedyną, która potrafi zmusić inne rasy do dobrowolnego wypicia eliksirów - powiedział cicho Wieczny, prychając. Uśmiechał się do niej. -Zarejestruję go, a ty pozostaw Pieczęć.
    Blythe kiwnęła głową, prowadząc Roneeya do skórzanej kozetki i sadzając go na niej. Rozwiązala mu oczy, a ręce w nadgarstkach błyskawicznie przywiązała do kozetki pasami.
  -Jesteś zapobiegawcza czy uprzedzona? - zapytał spokojnie wilkołak, patrząc na nią z ciekawością w czarnych oczach. Uśmiechał się delikatnie.
    Blythe zganęła ze stolika Złotą Pieczęć i kolejną fiolkę eliksiru, który wcześniej podała męzczyźnie. Skinęła mu głową, a on posłusznie otworzył usta i pozwolił wlać w nie kleista ciecz, połykając ją szybko i krzywiąc się przy tym. Wzdrygnął się, patrząc na nią uważnie.
  -Będzie bolało?
  -Owszem... - mruknęła Blythe, ale zanim wilkołak przygotował się na ból, obróciła Złotą Pieczęć w palcach, a ta rozjarzyła się złocistą łuną, po czym przyłożyła ją do przywiązanej dłoni półczłowieka.
    Po Sali rozszedł się wilczy skowyt bólu. Z trzymanego w ręku przedmiotu w dłoni Wiecznej pozostał złoty pył, którym posypała gojącą się ciemną ranę na grzbiecie dłoni. Roneey oddychał szybko i nierówno, ale po chwili jego oddech się uspokoił, a wzrok wyostrzył. Usiadł swobodniej i próbował opanować drżenie mięśni, chociaż dłoń nadal pulsowała mu niewyobrażalnym bólem.
    Blizna była w kształcie sierpu księżyca. Wokół niego złociły się słowa Przysięgi, wypisane tak drobno i gęsto, że nie dało sie ich odróżnic; wyglądały jak misterny koronkowy wzór. Ręka wilkołaka była zapuchnięta i czerwona, a Pieczęć na niej jarzyła się subtelnym złotem.
  -Ładne - przyznał Roneey, uśmiechając się krzywo. -Kiedy mnie wypuścicie?
  -Jutro wieczorem - odparła spokojnie Blythe, odwiązując pasy krępujące mężczyznę. Potarł nadgarstki. -Musimy sprawdzić, jak reagujesz na Pieczęć i czy potrafisz się powstrzymać przed niekontrolowanymi przemianami.
    Po tych słowach wyszla z Sali, pozostawiając kolejnego bezpiecznego dla siebie i innych półczłowieka w rękach Dylana.


    Wchodząc z budynku, zapaliła papierosa i zaciągnęła się dymem. Czym prędzej chciała się znaleźć w swoim mieszkaniu, wziąc gorący prysznic i móc udawać normalną dziewczynę, niepowiązaną ze światem, którego nienawidziła od śmierci swojego brata. Chciała zmyć z siebie zapisaną jej w genach moc, zapomnieć na chwilę o Darach i obowiązkach, jakie jej one narzucają.
Chciała pozostać normalna.
    Nikt nie mógł wybrać bycia Wiecznym. Rodzili się nimi tylko ludzie, którzy mieli oboje rodziców z tego świata, lub ci, którzy urodzili się pod Srebrną Łuną Sierpu. Blythe należała do tych pierwszych, czego nienawidziła z całego serca.
    Była sierotą. Matka zmarła przy porodzie brata, a ojciec osiem lat później. Wtedy przygarnięto ich do kwatery, a Blythe zajęła się wychowywaniem brata na podobieństwo swojego ojca- najlepszego Wiecznego ostatnich trzech stuleci. Zaniedbała przy tym własne wykształcenie wojowniczki, dlatego nie wyrobiła sobie instynktu prawdziwego łowcy; zawsze wolała ratować tych, którym dało się pomóc, niż zabijać istoty, które nigdy jej nie skrzywdziły.
    Jedynymi, których potrafiła uśmiercać z zimną krwią, były wampiry. To one zabiły jej rodziców i odebrały życie młodszemu bratu. Nie obchodziło jej, że bywaly potrzebne i mogły pomóc w obronie ich świata; kiedy spotykała jakiegokolwiek przedstawiciela tej rasy, szukała byle pretekstu, żeby przebić go srebrnym sztyletem na wylot i okręcić go dwa razy.
    Otworzyła drzwi swojego mieszkania, zapalając kolejnego papierosa. W drzwiach powitało ją mruczenie kota, którego czarna sierść połyskiwala w półmroku. Pogłaskała go i otworzyła okno w salonie, wpuszczając trochę świeżego powietrza. Chwilę później stała w strumieniach gorącej wody, zwierzając głowę i oddychając głęboko.
    Nie potrafiła myśleć. Byla wykończona, a rozdrapywanie swojej przeszłości wcale nie pomagało jej w ukojeniu bólu. Nie chciała żyć tak, jak żyła, ale nie mjiała wyboru. Miała krew Wiecznych w żyłach, miała Dary. Musiała wypełnić życia ludzi, którzy sami nigdy nie mieli okazji tego zrobić.


~
No, rozdzial pierwszy wrzucony. Wiem, że krótki i niewiele wyjaśnia, ale nie stać mnie dzisiaj na nic więcej. Obiecałam, że napiszę, więc to zrobiłam, ale coś cały czas kręci mi sie po głowie i nie umiem się dostatecznie skupić.
Czekam na wasze opinie.

czwartek, 1 listopada 2012

Moonlight

   Blythe spojrzała przed siebie, zapalając papierosa. Chłodne powietrze szczypało ją w policzki tak bardzo, że na bladej skórze pojawily się koralowoczerwone rumieńce. Zaciągała się dymem i wypuszczała go powoli, zwieszając nogi poza krawędzią dachu i nie przejmując się płynąca w dole różnobarwną rzeką pojazdów. Myślała tylko o tym, czy Savier jest bezpieczny i co teraz robi.
   Poczuła wibracje komórki. Drgnęla, wytrącona z zamyślenia, wyjmując aparat z kieszeni szarej bluzy. Spojrzała na wyświetlacz i zmrużyła jasnozielone oczy, mrucząc gniewnie. Zgasiła papierosa, otwierając klapkę i przykładając słuchawkę do ucha.
 -Silverstone, słucham? - warknęła do telefonu, podnosząc wzor na sierp księżyca. Migotała wokół niego srebrzysta obwódka.
 -Bądź na miejscu za piętnaście minut.
 -Jestem... - dziewczyna próbowała zaprotestować, ale zachrypnięty głos jej przerwał.
 -Nie obchodzi mnie, gdzie jesteś. Jeśli nie będzie cie tutaj za piętnaście minut, możesz prawdopodobnie stracić szansę pożegnania się ze swoim bratem.
   Blythe chciała coś powiedzieć, ale ostatnie słowa odebrały jej zdolność oddychania. Usłyszała tylko sygnał zakończonego połączenia, a zanim zdążył się powtórzyć, biegła już ulicą w stronę wschodniej części Brooklynu.

   Wpadła do odrapanej kamienicy, uderzając drzwiami o ścianę. Zaklęła pod nosem, potykając się na krzywych drewnianych schodach, przeskakując po trzy stopnie naraz. Biegła przez korytarz pełen drzwi z łuszczącą się białą farbą, która odchodziła płatami od drewna.
  Złapała ostry zakręt, wbiegając na kolejne schody i pokonując kolejny korytarz. Kiedy dotarła do jego końca, zwolniła, klękając przed dwuskrzydlowymi drzwiami pokrytymi czarną farbą i jarzącymi się przytłumionym srebrnym blaskiem. Otwierając drzwi, wstrzymała oddech.
   Na czarnej skórzanej kanapie leżał jej młodszy brat. Jego skóra przybrała szary odcień, pierś unosiła się ledwie widocznie, a włosy opadały na czoło, zlepione krwią. Cienka biała koszulka była ciemnoczerwona w kilku miejscach, lepiąc się do ciała chłopaka. Obie dłonie były do nadgarsków ubrudzone zakrzepniętą krwią, choć nadal błyszczały w ostrym białym świetle lampy.
   Blythe podeszła do kanapy i klnęknęła obok niej. Wzięła raptowny oddech, widząc głębokie rozcięcie biegnące od obojczyka do prawego ucha, z którego jeszcze broczyła ciemnoczerwona substancja. Dłonie jej drżały, kiedy odgarnęła ciemne kosmyki z czoła brata. Przez jej palce nie przepłynął żaden, choćby najsłabszy promień energii.
 -Przyniósł go Mitch - głos, który wcześniej słyszała w słuchawce, odezwał się z kąta pokoju. -Wtedybył jeszcze przytomny.
   Dziewczyna nawet nie podniosła spojrzenia. Cały czas patrzyła na Saviera, mając pustkę w oczach. Kiedy napłynęły do nich łzy, zamrugała gwałtownie.
Złapala brata za rękę pokrytą skorupą zaschniętej krwi. Nie wyczuwała żadnej iskieri. Powinna czuć bicie jego serca, które, gdy tylko znajdowali się w jednym pomieszczeniu, automatycznie synchronizowało się z jej pulsem. Nic sie nie działo.
Absolutnie nic.
 -Mieliście go chronić - szepnęła lodowato Blythe, nadal nie odrywając wzrosu od zamkniętych powiek nastolatka. Długie rzęsy rzucały cień na wydatne kości policzkowe. Mocniej ścinęła jego dłoń. -Chronić! - jej głos odbił się echem od pustych ścian, wracając do właścicieli.
   Wstała, szarpiąc ramiona brata. Nie zorientowała się, że zaczęła płakać, chociaż nie szlochała. Wykrzykiwała imię, które było dla niej tak ważne, ale nikt na nie nie reagował.
   Szarpnęła po raz ostatni. Poczuła dotkliwe zimno w czubkach palców. Puściła brata, patrząc na niego z przerażeniem w oczach.
 -Miał szesnaście lat - szepnęła, gubiąc swoje słowa między pustymi myślami. -Zawiodłam.


~
Oto i prolog.
Wiem, że może nie jest zbyt specjalny, ale jak na totalny brak pomysłu sądzę, że mogło być gorzej. Przepraszam za wszystkie pomyłki.
Historia może wydawać się dziwna, gwałtowna i zagmatwana, ale taka własnie ma być. Tak ma się zacząć.
Czekam na pierwsze opinie.