-Jak czuję się Roneey? - zapytała Blythe, wchodząc do Sali i patrząc na Dylana. Minęła go, odkładając czarną skórzaną kurtkę na kozetkę.
-Uważa, że czuje się lepiej niż keidykolwiek przed wypiciem eliksiru - odparł chłopak, podchodząc do niej i podając jej zwinięty w rulonik. -To od...
-Roge'a - uprzedziła go dziewczyna, kiedy przez jej palce przebiegła znajoma energia po dotknięciu papieru. Zabrała go szybko Dylanowi.
Rozwinęła karteczkę i przebiegła wzrokiem po tekście. Dobrze znała pochylone pismo zapełniające środek listu. Uśmiechnęła się pod nosem, kończąc ostatnie zdanie.
-Pilnuj Roneeya, możesz go wypuścić o dziesiątej wieczór. Założyłam mu Pieczęć, więc ma na sobie również otoczkę mojej energii. Będę wiedziała, co się z nim dzieje - powiedziała, zabierając okrycie i wychodząc.
Skierowała się do tych samych drzwi, przez które wpadła trzy miesiące temu. Od tamtej pory nie była wzywana przez Roge'a, tak więc nie musiała się zmierzyć z bólem, który czekał na nią w tym pomieszczeniu. Klękając przed drzwiami, starała się przybrać profesjonalną minę i wyzbyć wszelkich emocji. Srebrna łuna wokół drzwi wydawala się lśnić o wiele silniej, niż ostatnim razem.
-Wiedziałem, że nie przepuścisz okazji, żeby spotkać się z Cambrielem - zachrypnięty głos Roge'a dotarł do niej wyraźnie, chociaż go nie widziała. Usiadła na kanapie, pochylając się do przodu i wyczując srebrny sztylet uwiązany za paskiem.
Cambriel wyszedł z kąta pokoju. Grzywka półdługich włosów opadała mu na czoło, w półmroku lśniąc srebrem. Piwne oczy patrzyły na nią uważnie, a na wąskich ustach błąkał się powstrzymywany uśmiech. Blada skóra wyglądała na cienką jak pergamin, a dopasowany czarny sweter wcale nie ukrywał idealnie wyrzeźbionych mięśni brzucha. Wieczny poruszał się powoli, ale pewnie, zbliżając się do Blythe.
-Miło znów cię widzieć - powiedział cicho, klękając przed nią i patrząc jej prosto w oczy. Przeszedł ją dreszcz.
-Wstawaj - warknęła Blythe, nie mogąc jednak zdobyć się na szorstkość. -Nie żyjemy w osiemnastym wieku, nie musisz klękać przed przedstawicielką wyższego rodu. To idiotyzm.
-To tradycja - wtrącił z cienia Roge, lecz oboje go zignorowali.
-Co tutaj robisz? - zapytała Blythe, nie przesuwając się ani o cal, kiedy Cambriel usial obok niej. -Powinieneś teraz być w Paryżu ze swoją rodziną, prawda?
-Cambriel stracił rodzinę podczas walki - zachrypnięty głos znów wypełnił pokój, uprzedzając odpowiedź rozmówcy. Blythe wzniosła oczy do nieba.
-Na Boga, w którego nie wierzę, Roge! - syknęła. -Cam ma język, potrafi się nim posługiwać!
-Ty powinnaś o tym wiedzieć najlepiej - rozbawiony szept chłopaka wypełnił jej uszy, a wiązka jego energii przepłynęła przez jej ciało, kiedy nieznacznie się przysunął.
-Chciałbym przybliżyć ci pewną sprawę, Blythe - powiedział Roge, ignorując ich oboje i wychodząc z cienia. Wysoki, o orlim nosie i szpakowatych włosach, przeszedł wzdłuż bocznej ściany i stanął przed nimi. -Cambriel, mimo mało sprzyjających okoliczności, zgodził się zamieszkać w Nowym Jorku, żeby nadal służyć naszemu światu. Ponieważ uparł się, żeby oddać się całkowicie służbie Kwaterze, postanowiłem przydzielić go tobie jako partnera. Na stałe - dorzucił, uprzedzając jej pytanie. -Zanim jednak zdążysz zaprotestować temu wszystkiemu, chciałbym ci też uświadomić, że Cambriel będzie u ciebie mieszkał i zostanie objęty energią Silverstone'ów, by móc kontaktować się z tobą niewerbalnie. Ponadto - podniósł tutaj głos, ponieważ Blythe już wzięła oddech, żeby się wtrącić - przydzieliłem wam pewną... skomplikowaną sprawę. Jeśli tylko będziesz gotowa wysłuchać, wszystko ci wytłumaczę.
Blythe westchnęła, spoglądając na Cama. Uśmiechał się do niej, rozpierając się na kanapie. Kręcąc głową, oparła się plecami o oparcie, wyczuwając za sobą jego ramię.
Blythe wyszła z budynku, zapalając papierosa jeszcze na progu. Była zdenerwowana i kręciło jej się w głowie; mogła przewidzieć, że Roge sprowadzi do Kwatery Cambriela. Był tak samo dobry w tym, co robił, jak ona- z tą tylko różnicą, że on tępił inne rasy nie zważając na możliwość niesienia im pomocy.
-Ile razy mam ci powtarzać, że nie robię tego, bo chcę, tylko dlatego, że muszę? - powiedział chłopak, kiedy dopadł jej już za rogiem ulicy. Zapalała drugiego papierosa.
-Nie obchodzi mnie, co możesz, a co musisz - warknęła, wypuszczając obłoczek dymu prosto na niego. Zakaszlał. -Powinieneś ratować tych, który mają jeszcze ludzkie uczucia, a ty po prostu ich zabijasz!
-Taka jest nasza rola, Blythe, tak zostaliśmy wychowani. Mam się wyrzec roli Wiecznego i tego, co wpoił mi ojciec? Mam postawić się Prawu? - głos Cambriela sprawiał, że dziewczyna drżała i miała ochotę zamruczeć. Był cudowie kojący. -Blythe, proszę... - szarpnął ją za ramię i odwrócił ku sobie.
Patrzyła na niego buntowniczo. Zgasiła niedopałek czubkiem trampka, zakładając ręce na piersi i patrząc się w cudowne brązowo-złote oczy z czarnymi plamkami i ciemną obwódką. Gęste rzęsy sprawiały, że jego rysy wydawały się wyostrzać, chociaż nadal były delikatne. Nie mogła oderwać wzroku od jego oczu; zawsze ją hipnotyzowały.
-Blythe - powiedział miękko Cambriel, lekko ściskając jej ramiona. -Dobrze wiesz, że Roge nie zlecił nam tej misji bez powodu. Tam nie będzie kogo ratować, Blythe. To mordercy.
-A my zabawimy się w sprawiedliwość i zostaniemy ich katami, tak? - burknęła dziewczyna, kręcąc głową.
Cambriel uśmiechnął się delikatnie, ukazując dołeczek w prawym policzku.
-Dokładnie.
-Nadal nie pojmuję, dlaczego musisz mieszkać u mnie - mruknęła Blythe, siadając na kanapie z kubkiem kawy i patrząc badawczo na Cambriela.
-Słyszałaś Roge'a - odparł spokojnie chłopak, odgarniając grzywkę srebrnoblond włosów; światło lampy zaigrało w kosmykach. -Straciłem ochornę mojego rodu, więc zostanę przydzielony do twojej Tarczy. To chyba proste.
-Tak, ale musisz ze mną mieszkać? Nie da się tego załatwić jakoś... inaczej? - westchnęła teatralnie.
-Widocznie nie.
Zapadło milczenie. Blythe piła gorącą kawę, próbując nie gapić się na Cambriela. Tęskniła za nim od ostatniego spotkania. Od chwili, kiedy zmuszeni byli się rozstać. Była gotowa szukać po co całym świecie, w każdym jego zakątku, ale wiedziała, że to nic nie da. Cambriel wyraźnie powiedział jej, że jej nie chce.
Tęskniła za nim od chwili, kiedy złamał jej serce i wzgardził jej miłością, chociaż zapierał się, że czuł to samo.
-Powiedz mi - głos towarzysza wyrwał ją z zamyślenia - dlaczego się mnie boisz?
-Ja? - Blythe prychnęła. -Możliwe, że boję się zbliżyć do osób, które mnie skrzywdziły.
Zanim zdążyła skończyć wymawiać ostatnie sylaby, Cambriel patrzył na nią pełnymi bólu oczyma, w których jednak czaiła się pewnego rodzaju wrogość. Jego spojrzenie było twarde, a usta zwęziły się w bladą linię. Włosy wpadły ponownie do oczy, ale chłopak ich nie odgarnął; zdawał się w ogóle nie ruszać.
Blythe nie miała czasu zareagować. Cambriel po prostu pokręcił głową, wstał, a potem zniknął, zanim zdązyła mrugnąć. Usłyszała tylko trzask zamykanych drzwi na dole kamienicy; wiedziała, że tej nocy nie musi na niego czekać, bo się nie zjawi.
~
Dobra, wiem, nieciekawie i krótko. Niestety, nie stać mnie obecnie na nic więcej- czuję się potwornie, po prostu zdycham na ból wszystkiego, że nie wspomnę o mdłościach. Mimo to, napisałam rozdział, który obiecałam dodać najpóźniej w środę- przepraszam za tą obsuwę w czasie, nie miałam ani kszty natchnienia przez szkołę (wyprała mi mózg już dostatecznie).
Żebyście lepiej się wczuli w klimat, polecam posłuchać Axwound- Collide.
No, to zapraszam do czytania i czekam na komentarze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz